Ogromne tempo urbanizacji powoduje kurczenie się terenów rolniczych i masową, niepowstrzymaną migrację do wielkich centrów. Z drugiej strony niedogodności mieszkania w zwartej strukturze miejskiej powodują ucieczkę ludności do suburbiów i na prowincję. Potwierdza się tym samym opinia George'a Mikesa, że mieszkańcy wielkich miast to ludzie, którzy przywędrowali tam ze wsi i którzy pracują tak ciężko i długo po to, by ponownie móc się przenieść na wieś.
Rozrost aglomeracji miejskich i konurbacji (zespołów sąsiadujących miast) stwarza trudne do rozwiązania problemy gospodarcze, urbanistyczne i społeczne. Występowanie tych zjawisk ma bezpośredni związek z planowaniem przestrzennym, które w Polsce jest w opłakanym stanie. Blokuje racjonalny rozwój miast i wsi, spowalnia budowę dróg i autostrad, a także realizację innych ważnych inwestycji.
Jakie jest wyjście z tego zaklętego kręgu? Czy doraźne rozwiązania, różnego rodzaju specustawy dotyczące budowy dróg lub stadionów, nie spowodują w przyszłości jeszcze większych komplikacji? Poza chaosem komunikacyjnym i zanieczyszczeniem środowiska (gazy, ścieki, śmieci) z gwałtowną urbanizacją wiążą się zaniedbania estetyczne oraz brak troski o rewitalizację starego budownictwa. Jak zatem zapobiegać wadliwym decyzjom planistycznym, które negatywnie wpływają na środowisko współczesnego miasta?
O odpowiedź na te pytania poprosiliśmy profesjonalistów.
Groźny brak reguł
Dr Sławomir Anusz, kierownik Instytutu Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa w Warszawie:
Negatywne zjawiska związane z planowaniem i zagospodarowaniem przestrzennym są rezultatem po pierwsze nieuświadomionej niewiedzy decydentów o roli planowania przestrzennego, po drugie nieuporządkowanych, a często niekompletnych informacji o uwarunkowaniach rozwoju i zasobach, którymi dysponujemy, po trzecie słabego udziału społeczeństwa w procesach planowania, z czym wiąże się nieuregulowany jak dotychczas i trudny dostęp do informacji, po czwarte uchylania się przez kolejne ekipy od podjęcia decyzji o rozwoju i zagospodarowaniu dla przyszłości.
Gdy ustawę z 1994 r. o zagospodarowaniu przestrzennym postanowiono nowelizować pod hasłem przyspieszenia procedur poprzedzających inwestycje, rozbudowano procesy decyzyjne dotyczące warunków zabudowy inwestycji zarówno prywatnych jak i publicznych. W ten sposób ustawą z 2003 r. o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym uruchomiono proces systematycznego wypierania z praktyki zarządzania przestrzenią planowanie miejscowe na rzecz pojedynczych decyzji o warunkach zabudowy. Po krótkim okresie wdrażania nowej ustawy, środowisko urbanistów, m.in. związane z naszym Instytutem, stwierdziło, że w słusznej sprawie uwolniono groźnego demona, zezwolono na to, by zagospodarowanie pozbawione zostało jakichkolwiek reguł. W konsekwencji wielu inwestorom i gminom udało się ominąć etap planowania przestrzennego, tj. sporządzania planów z wyprzedzeniem, porządkujący relacje właścicieli gruntów do prawa zabudowy oraz koordynujący rozwój infrastruktury. Upowszechnił się proceder legitymizowania inwestycji zgodnie z wolą właścicieli gruntów. Pomijano przy tym relacje, które w przyszłości będą rzutować na społeczne koszty rozwoju osadnictwa, oraz relacje samorządu terytorialnego z jego starymi i nowymi mieszkańcami.
Tym sposobem powstaje zabudowa usankcjonowana przez prawo, lecz bez związku z racjonalną polityką rozwoju gmin, którym pozostało jedynie asystowanie przy procesie rozsadzania zorganizowanej wcześniej i powiązanej z usługami i infrastrukturą techniczną tkanki.