Menu

Logowanie

rejestracja
01.05.2007

Uwolnienie rynku energii

Szymon Łucki

Rachunek za prąd odnajdujemy wraz z innymi w naszej skrzynce pocztowej. Regulujemy należność, na ogół nie analizując jej, bo przecież na wysokość i tak nie mamy wpływu, i czekamy na następną fakturę. Jednak sytuacja, w której odbiorców stawia się przed faktem dokonanym, już niebawem ma się zmienić. Polska jest zobowiązana bowiem do liberalizacji rynku energii i uwolnienia jej cen także dla indywidualnych odbiorców, co oznacza, że każdy z nas będzie miał wpływ na to, od kogo energię zakupuje i za jaką cenę.


Na rachunek za energię elektryczną składają się cztery składniki: płatność za samą energię (30%), podatki (23%), abonament (2%) oraz płatność za dystrybucję (45%). Poza umożliwieniem odbiorcom wyboru dostawcy uwolnienie rynku energii ma zachęcićfirmy energetyczne do wzajemnej konkurencji oraz walki o klienta, co z kolei ma przełożyć się na obniżenie cen oraz polepszenie jakości obsługi.Niektóre media optymistycznie przedstawiają fakt liberalizacji energetycznego rynku, zapominając, że w polskich realiach pełne uwolnienie rynku może oznaczać podwyżkę cen energii.

Trudności się mnożą

Sprzedawcy już szukają nowych klientów i wyczekują 1 lipca, kiedy to będą mogli zaoferować swój produkt odbiorcom, do których dotąd nie mieli dostępu, i kiedy ulegną zmianie zasady taryfowania (osobne taryfy mają zostać stworzone dla firm obrotu i dystrybucji). Obecnie zgodnie z rozporządzeniem Urzędu Regulacji Energetyki coroczna podwyżka cen nie może przekroczyć 3%powyżej poziomu inflacji, co gwarantuje odbiorcom niewielkie podwyżki. Pełne uwolnienie rynku powinno pociągnąć za sobą uchylenie tego zarządzenia, a wówczas cena energii zależałaby tylko od realnych kosztów jej wytworzenia i przesyłu, które niejednokrotnie przewyższają te urzędowe.

Współczesna energetyka potrzebuje ogromnych nakładów finansowych. Wytwórcy energii muszą modernizować zakłady i odbudowywać moce wytwórcze, budować nowe, wysokosprawne i ekologiczne bloki energetyczne - są to olbrzymie koszta. Linie przesyłowe również wymagają gruntownych remontów. Aby sprostać tym zadaniom, trzeba podnieść ceny energii, które w Polscesą nadal kilkukrotnie niższe niż w starych krajach Unii.

Aby uniknąć niekontrolowanego wzrostu cen, Urząd Regulacji Energetyki zachowuje prawo do jego ustawowej kontroli, ale w takim razie nie można mówić o wolnym rynku. W sytuacji gdy URE nadal będzie kontrolować taryfy, trudno spodziewać się realnych ruchów na rynku cen energii. Sprzedawcy będą raczej kusić nas dodatkowymi usługami i ułatwieniami, jak np. możliwość obsługi naszego„energetycznego konta" przez Internet itp.

Potencjalnym problemem, i to już niebawem, może być również to, że sprzedawca nie będzie w stanie obsłużyć swoich nowych klientów, ponieważ nie będzie miał czym handlować. Jeszcze kilka lat temu prasa rozpisywała się o nadwyżkach mocy produkcyjnych, które sięgać miały nawet do 40%. Jednak już od połowy zeszłego roku wiadomo, że w Polsce takiej nadwyżki nie ma. Dało się to zauważyć choćby podczas letnich upałów. Popyt zaś na skutek coraz większej elektronizacji życia i wzrostugospodarczego stale rośnie.

Jeszcze inną przeszkodą jest istnienie kontraktów długoterminowych zawartych przez firmy energetyczne w latach 90. Dzięki kontraktom, które na wiele lat ustalały ilości i ceny sprzedawanej energii, elektrownie mogły pozwolić sobie na zaciąganiekredytów na kosztowne inwestycje. Wieloletnie umowy uniemożliwiają jednak prawdziwy handel bardzo dużą ilością energii.

Wielu specjalistów ocenia także, że realną przeszkodą w zaistnieniu konkurencyjnego rynku mogą okazać się powstające właśnie cztery silne grupy energetyczne, które będą zajmować się również dystrybucją prądu. Mogą one bowiem swobodnie podzielić się rynkiem i uniemożliwić mniejszym sprzedawcom przygotowanie konkurencyjnej oferty.

Dużym problemem mogą być także drastycznie ograniczone dla Polski przez Komisję Europejską limity emisji CO2.