Zeus zwrócił się do Prometeusza z propozycją, aby stanął z nim do rywalizacji o to, kto dokona piękniejszego dzieła. Władca Olimpu stworzył byka, a Prometeusz człowieka.
Powołany na arbitra Mómos, bożek drwin i ironii, oświadczył z przekąsem, że gdyby posiadał moc obu konkurentów, zmieniłby wszystko. Bykowi należałoby bowiem umieścić oczy na rogach, aby widział, gdzie uderzać, a ludzie powinni mieć drzwiczki na piersiach, by inni mogli zajrzeć do wnętrza i poznać ich myśli. Takie drzwiczki przydałyby się u niektórych projektantów i wykonawców robót.
Miałem okazję spotkać fizyków wysokich energii i cząstek elementarnych, którzy twierdzili, że nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Tymczasem setki, jeżeli nie tysiące absurdalnych pytań kompletnie paraliżuje przetargi w dziedzinie infrastruktury. Inwestorzy indagowani są np. o to czy w czasie rozbiórki domu mogą wewnątrz przebywać ludzie, czy w trakcie rozbierania garaży mogą parkować w środku auta, czy wiaty na przystankach muszą być w jednym kolorze itp. Z jednej strony nikt nie chce się przyznać do autorstwa takich pytań, z drugiej trudno ustalić, kto je zadaje, bo - jak tłumaczą inwestorzy - prawo zabrania im to ujawnić.
Startujące w przetargach firmy utrzymują, że zadają konkretne pytania, a pytać muszą, ponieważ dokumentacja jest niekompletna lub słabo przygotowana. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że konsorcja wręcz wyszukują sposobów na zablokowanie przetargów - jak nie idiotycznymi pytaniami, to protestami. Nadal od złożenia oferty do wejścia na plac budowy upływa wiele miesięcy, a wysuwane postulaty, aby uprościć procedury i ukrócić praktyki składania niekończących się odwołań, trafiają w próżnię.
Kłopoty z przygotowaniem inwestycji, szczególnie jeśli chodzi o jakość projektów, znane są nie od dziś. Błędy wychodzą na jaw dopiero w trakcie realizacji. Nie chodzi tylko o pomijane wstydliwym milczeniem odcinki autostrady bez pasa awaryjnego czy pękające po krótkim czasie eksploatacji nawierzchnie. Jeżeli układ dróg lokalnych stanowi ważne zagadnienie, to projekt ich przebudowy nie może się sprowadzać do położenia pięciocentymetrowej warstwy asfaltu na gruncie!
Jak zawsze diabeł tkwi w szczegółach. Podniesienie drogi do wyższej kategorii w sposób niezamierzony może stać się przyczyną groźnych wypadków drogowych. Oto przykład. Była sobie gruntowa droga gminna biegnąca przez las. Przebudowano ją na szosę asfaltową. Skraj nawierzchni miejscami bezpośrednio przechodzi w głęboki, niezabezpieczony rów, miejscami zaś graniczy na styk ze szpalerem rosnących na skarpie drzew, którym przy pniach odcięto połowę korzeni. Przy lada poślizgu łatwo wylądować w rowie, a podczas wichury z całą pewnością niejedno słabo ukorzenione drzewo upadnie na drogę. Wiatrołomy nie należą tu do rzadkości. Barierki nad przepustami są cienkie i niezbyt widoczne, brakuje znaków przed skrzyżowaniami itd. Kierowcy rozwijają nadmierną prędkość, mimo że z lasu może wybiec stado dzików lub saren. Przydałyby się w odpowiednich miejscach szykany, czyli reduktory prędkości, zaczęły się bowiem mnożyć wypadki i kolizje, czego nigdy przedtem na starej drodze nie było. Cóż, projekt nie był do końca przemyślany...
Jaki wynika stąd wniosek? Sformułował go na IV Forum Polskiego Kongresu Drogowego prof. Marian Tracz: nie wprowadzać w życie złych rozwiązań, bo to właściwie niewiele kosztuje.