Menu

Logowanie

rejestracja
01.07.2008

Kto buduje te drogi?

Tomasz A. Żak

Kiedy na przykład taki hetman Jan Zamoyski (skądinąd druga po monarsze osoba w Rzeczypospolitej) onegdaj podróżował ze swojego Zamościa do stołecznego Krakowa, to wszystko było jasne. Za złamaną gdzieś po drodze oś powozu podróżnego odpowiadał kniaź, którego własnością lub lennem był teren, na którym to się stało. Czasami mogła to być też własność jakiegoś klasztoru, ale zawsze było wiadomo kto jest winien. W ostateczności wszystko było przecież królewskie. Dzisiaj, narzekając na złą jakość dróg albo na korki spowodowane ich remontami, nawet sobie nie wyobrażamy, jak bardzo skomplikowała się kwestia odpowiedzialności za sieć drogową w Polsce i jak bardzo nie wiadomo, kto za co tutaj płaci.


Zacznijmy od mitów. Przede wszystkim jednoznacznie negatywnie kojarzymy określenie „polskie drogi". Jednoznacznie negatywnie postrzegamy też ludzi w odblaskowych kamizelkach, których na tych drogach spotykamy. Kiedy ich nie widzimy, to mówimy: „Nic nie robią", a kiedy już coś robią, to mówimy: „Dlaczego tak powoli i tak źle". A kiedy szuka się winnych (rytualne zachowania mediów!), to okazuje się, że... winnych nie ma.

Ku zdziwieniu wielu, którzy z nadzieją na zmiany jeszcze lat parę temu wstecz patrzyli w stronę Brukseli, wcale nie zasypał nas deszcz euro. Widoczne przy naszych drogach wielkie tablice przyozdobione niebieskimi gwiazdkami, wcale nie są znakiem, który by potwierdzał te nadzieje na europejską „kasę". Jak mawia jeden mój znajomy wójt, to najprawdopodobniej informacja, że tutaj ktoś najprawdopodobniej się nieźle zadłużył, aby przy ścieżce rowerowej powstało parę kilometrów drogi, na której rolnicy będą mogli poszaleć na swoich traktorach.

Drogi gminne i inne

Drogi samorządowe to najbardziej zdegradowana i niedoceniana, a jednocześnie największa część infrastruktury drogowej, stanowiąca prawie 95% sieci dróg publicznych w Polsce. I właśnie samorządy budują lub remontują najwięcej dróg. A im dalej od różnych centrów miejskich i administracyjnych, tym bardziej widać zmiany. Asfaltem dojedziemy nawet do pojedynczych gospodarstw, które niegdyś leżały na końcu świata. Asfaltem dojeżdża się dzisiaj do pól i zagonów, bez względu na to, czy leżą w dolinach, czy na całkiem sporych górkach.

To efekt bezpośredniego oddziaływania kolejnych samorządowych kampanii wyborczych na polskiej prowincji. Wyborcom najbliżej jest do wójta, a wójtowi (lub kandydatowi na wójta) najłatwiej się wykazać w miesiącach przed wyborami zbudowaniem lub utwardzeniem drogi. Na takie manewry pozwalają też przepisy podatkowe (odpis z PIT-ów) i możliwość przesuwania środków pomiędzy działami i w czasie. I w efekcie często jest tak, że w przysłowiowej Wólce jeździmy jak po stole, a tuż obok mamy slalom pomiędzy dziurami drogi wojewódzkiej czy powiatowej albo korki i wahadła na drogach krajowych.

Do tego, co powyżej, dodajmy, że są jeszcze drogi międzynarodowe. I uświadommy sobie, że za każdy rodzaj drogi odpowiadać ma kto inny, a jednocześnie wszystkie te drogi są własnością państwa, czyli tak naprawdę nas wszystkich, bo to my w wyborach decydujemy, kto będzie rządził naszym krajem.

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad to firma państwowa, dla której szefem jest członek rządu RP, minister infrastruktury. Ale tak wójt, prezydent czy burmistrz jak i starosta powiatu, wojewoda czy marszałek samorządu wojewódzkiego - wszyscy oni nie są w swym rządzeniu samodzielni, szczególnie w kwestiach finansowych. Bo jeżeli nawet któryś z nich (ich urzędów) dysponuje w jakimś czasie jakimś budżetem, to wydawanie tych pieniędzy jest obwarowane taką liczbą przepisów wykonawczych (często sprzecznych ze sobą i logiką), że zbudowanie choćby 100 metrów drogi okazuje się być drogą, ale przez mękę.