Menu

Logowanie

rejestracja
01.03.2009

Realne i wirtualne finansowanie drogownictwa

- Czy sugeruje Pan, że chodzi o czysty PR? A gdzie się podziały tak szumnie zapowiadane fundusze unijne?

- W 2008 r. z należnej za roboty drogowe sumy 14,6 mld zł wypłacono 13,5 mld zł. Dopiero w ubiegłym tygodniu zaczęto uiszczać zaległe należności, co tylko dowodzi, że znów przez kilka miesięcy drogowcy kredytowali budżet. W dodatku ten ostatni miliard trzeba będzie wliczyć w wydatki tegoroczne.

Na wniosek polskiego rządu UE przekazuje pieniądze w transzach. Odpowiedzialnym za fundusze unijne, nie wiadomo dlaczego, jest minister rozwoju regionalnego i minister finansów. Wprawdzie obaj ministrowie zapowiedzieli w tym roku, że z puli unijnej chcą asygnować na drogi 4 mld zł, ale to wcale jeszcze nie jest pewne.

Dziwię się, że renomowane firmy doradcze czy instytucje takie jak Pricewaterhouse Coopers i BCC w swoich opracowaniach za pewnik przyjmują kwotę 121 mld do wydania na drogi do 2013 roku, w tym 60 mld zł z UE. Oczekiwałbym od nich przede wszystkim analizy źródeł i możliwości finansowania drogownictwa, a nie powtarzania nieprawdziwych kwot. To wprowadza w błąd opinię społeczną, jednocześnie uwiarygodniając plany decydentów, będące jedynie w sferze marzeń.

W budżecie europejskim na lata 2007-2013 na wydatki infrastrukturalne zapisano 18 mld euro, z czego 7 mld euro przeznaczonych jest na kolej, a 11 mld euro (czyli 44 mld zł) na drogi. W tym miejscu warto przypomnieć, że realizacja zdań finansowanych z UE postępuje u nas wyjątkowo opieszale.

Podsumujmy raz jeszcze: na roboty drogowe zaplanowano wydatkować 10 mld zł, plus 4 mld zł z UE, plus ewentualnie 4 mld zł z emisji obligacji i kredytów EBI, czyli łącznie 18 mld zł. W stosunku do wydatków w 2008 r. jest to wzrost o mniej więcej 20%. To i tak byłoby dobrze, bowiem gdyby nawet teoretycznie znalazły się te obiecane pieniądze, z całą pewnością nie wykorzystalibyśmy ich ze względu na brak przygotowania kolejnych inwestycji.

- Co roku przedsiębiorstwa wykonawcze są łudzone obietnicami skokowego wzrostu nakładów na drogi. Zderzenie z rzeczywistością może okazać się brutalne. Czy firmom nie grozi zastój i fala zwolnień?

- Całe szczęście, że Ogólnopolska Izba Gospodarcza Drogownictwa przygotowuje przedsiębiorstwa, które zrzesza, do radzenia sobie z realiami. Od kilku już lat nie jesteśmy w stanie uwierzyć w plany przedstawiane przez ekipę rządzącą, dlatego w swoich biuletynach zamieszczamy informacje, jakich pieniędzy i zamówień można się spodziewać. Na przykład, zwracamy uwagę na fakt stosunkowo dużej liczby przetargów ogłaszanych w ostatnim czasie, gasząc jednocześnie nadzieje na większy zakres robót w bieżącym roku, bowiem większość z tych przetargów przewiduje realizację robót w cyklu dwuletnim z czego jedynie niewielki, wręcz symboliczny zakres tych robót wykonywany będzie w 2009 roku.

Źródłem problemów jest specyfika branży. Chodzi o spore ilości sprzętu, który można wykorzystać jedynie do budowy dróg. Są wytwórnie mas bitumicznych, w których nie można przesuszyć zboża, są walce drogowe, których nie da się użyć do innych robót, i są specjaliści, których nie można zwolnić, bo później nie da się firmy odtworzyć. Redukcje mogą nastąpić, ale w pierwszej kolejności będą dotyczyć mniejszych podwykonawców. Na razie takich sygnałów nie mamy.

- Ostatnie pytanie: ile kilometrów dróg zbudujemy w 2009 roku?

- Nie wiem, ale na pewno nie tyle ile byśmy chcieli.