O absurdach nękających polskie drogownictwo mówi Wojciech Malusi, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa, w rozmowie z Anną Krawczyk i Beatą Kopeć
Infrastruktura: – Co można uznać za sukces branży drogowej w 2010 r.?Wojciech Malusi: – (po dłuższej chwili zastanowienia) Niewątpliwie dobry PR instytucji, które odpowiadają za realizację „Planu Budowy Autostrad i Dróg Ekspresowych w latach 2008–13”. Z podziwem patrzyłem, jak zaprezentowano przegraną wiceministra infrastruktury Radosława Stępnia. Obiecywał, że odcinek autostrady A1 Stryków–Pyrzowice powstanie na Euro 2012. Kiedy okazało się, że inwestycja nie zostanie ukończona przed mistrzostwami, spełnił warunki zakładu, czyli... przejechał rowerem 180 km wzdłuż planowanego odcinka drogi. Oczywiście prasa o tym napisała i tak porażka zamieniła się w medialny sukces.
Wiele osób chwali działania rządu w obszarze infrastruktury drogowej, argumentując, że coś się dzieje. To prawda, tylko czy realizowane są inwestycje, które były zaplanowane? Otóż nie. A przecież nikt nie modyfikował planu, który został przyjęty w 2007 r. Obiecano zbudować 960 km autostrad i 2738 km dróg ekspresowych oraz zmodernizować 3993 km dróg krajowych. Przewidywano, że 120 mld zł zostanie wydatkowane na drogi krajowe, a 30 mld zł na drogi i ulice samorządowe, czyli łącznie 150 mld zł. Warto się przyjrzeć danym z poszczególnych lat: w 2008 r. na budowę dróg przeznaczono 20,8 mld zł, a wydatkowano 15 mld zł, w 2009 r. – 32,4 mld zł, a zagospodarowane zostało 18 mld zł, w mijającym roku mówiono o wydatkach rzędu 31 mld zł, natomiast z moich informacji wynika, że nie zostało wydane więcej niż 20 mld zł. Przewiduję, że przeznaczona na budowę dróg w 2011 r. suma 20 mld zł także nie zostanie przekroczona. Nie może zresztą być wyższa, bowiem Rada Ministrów przyjęła zapis ustawy mówiący o wydatkach nieprzekraczających 23,2 mld zł.
Oto, jak przedstawia się realizacja planu, który miał zapewnić polskim drogom standard porównywalny ze standardem dróg naszych sąsiadów, przynajmniej tych z południa. Nasze marzenia się rozwiewają.
Gdzie się w takim razie podziały te pieniądze, które były przeznaczone na realizację inwestycji drogowych – 10 mld zł z zeszłego roku i ponad 10 mld zł z tego roku? Czy one realnie istniały?Nie łudźmy się. Nigdy ich nie było. Dlaczego? Odpowiedzi należy szukać w decyzjach poprzednich rządów, które zmieniły system finansowania drogownictwa.
Największych cięć w budżecie przeznaczonym na infrastrukturę drogową dokonał rząd premiera Tadeusza Mazowieckiego, kiedy ministrem finansów i wicepremierem był Leszek Balcerowicz.
Później wprowadzono reformę administracyjną, stworzono powiaty i nowe województwa, ale nie wymyślono sposobu ich finansowania. Przejęto system, który obowiązywał za czasów ministra Balcerowicza. Myślę tutaj o przekazywaniu samorządom w postaci subwencji stosunkowo dużej części środków pochodzących z akcyzy paliw silnikowych. Wobec niedoborów budżetowych pieniądze przeznaczone na drogi województwa i powiaty wydawały na inne cele. Środowisko drogowców zwracało wówczas uwagę na fakt, jak niewielka część pieniędzy z budżetów samorządowych przeznaczana jest na drogi.