Menu

Logowanie

rejestracja
01.03.2010

Kopenhaga: kres polityki perswazji

Paweł Świeboda, Agata Hinc

Nie sposób twierdzić, że podczas szczytu w Kopenhadze osiągnięto wartościowe porozumienie w zakresie walki
ze zmianami klimatycznymi. Upierając się, że konferencja była czymś więcej aniżeli zupełną porażką polityki międzynarodowej, i to w jej kluczowej dziedzinie, wyrządzimy sobie jeszcze większą krzywdę. Trzeba powiedzieć jasno: w konfrontacji z rozdmuchanymi oczekiwaniami, dbałością o własną korzyść oraz niepohamowanym cynizmem szlachetne idee przegrały.


Oczywiście projekt uratowania Ziemi przed tragicznymi skutkami zmian klimatycznych nie stracił na aktualności. Wzrost temperatur musi zostać przyhamowany dla dobra wszystkich mieszkańców globu. Zmieniły się jednak warunki realizacji projektu.

Po szczycie w Kopenhadze będziemy mieli mniej złudzeń. Wiadomo, że porozumienie zostanie wypracowane w warunkach zaciekłej konkurencji pomiędzy państwami. Koncepcja budowy niskoemisyjnych gospodarek jeszcze mocniej będzie się kojarzyć z realizacją założeń polityki klimatycznej - zwłaszcza w warunkach kryzysu gospodarczego. Nie możemy już sobie pozwolić na iluzje, musimy twardo stąpać po ziemi.

Kopenhaska konferencja to zwiastun nowej, burzliwej ery w stosunkach międzynarodowych, które charakteryzować będzie wzrost napięć oraz stopniowe przesuwanie się biegunów sił. Nowy międzynarodowy system jest o wiele bardziej demokratyczny, ale to oznacza wzmocnienie pozycji krajów roszczeniowych oraz powszechny wzrost oczekiwań. Domagając się od państw rozwiniętych, aby płaciły im za walkę ze zmianami klimatycznymi, kraje rozwijające się wykazały się wyjątkową asertywnością. Z kolei te pierwsze nie potrafiły traktować tych pieniędzy inaczej niż jako „rozszerzony pakiet stymulacyjny". Były gotowe je wydać, ale tylko pod tym warunkiem, że uzyskają gwarancję ich odzyskania w formie zwiększonego popytu na dobra i usługi, których są producentami.

Spotkanie w Kopenhadze przyniosło równie złe wieści dla walki ze zmianami klimatycznymi, jak i dla międzynarodowego porządku. Konferencja pokazała wyraźnie, że stosunki międzynarodowe nie będą się już rozwijać w oparciu o perswazję. Przed szczytem zakładano, że ambitne deklaracje redukcji emisji zwiększą globalną akceptację dla projektu walki ze zmianami klimatycznymi - zgodnie z zasadą działania kuli śniegowej. Przewidywania te opierały się jednak na zbyt optymistycznym założeniu, że wszystkie państwa będą ufać w to, że inni zrealizują swoją część kontraktu. Takie założenie od początku raziło naiwnością, gdyż wielu głównym aktorom znacznie bardziej opłacało się jechać na gapę. Po raz kolejny okazało się, że dobre intencje nie wystarczają, potrzebna jest jeszcze niewidzialna ręka trzymająca naraz kij i marchewkę.