Jakże nieprzyjemny ból głowy odczuwa większość polskich kierowców, wlewając na stacjach paliwo do baku.
A i tak można powiedzieć, że jest nieźle, bo gdyby złoty był słabszy od dolara, szaleństwo cenowe rozpętałoby się na dobre i cena litra benzyny od dawna oscylowałaby już pewnie w okolicach 6 zł.
Są kraje znacznie zamożniejsze od Polski, gdzie paliwo jest tańsze, ale w takiej np. Szwajcarii nikomu do głowy nie przychodzi, żeby podatkami zwiększać jego cenę o połowę.
Bijąca rekordy cena ropy to także powód do zmartwień polityków innych krajów UE - nikt nie chce się przecież narażać wyborcom przed sezonem urlopowym. Na razie rozszerzają się protesty samochodowych firm transportowych i rybaków. Linie lotnicze podnoszą ceny biletów lub wprowadzają specjalne opłaty paliwowe. Czyżby tanie latanie miało odejść do historii? Na pewno sytuacja łatwa nie będzie, zwłaszcza że zamiast szacowanych jeszcze rok temu na 8 mld USD zysków zrzeszone w IATA firmy lotnicze już odnotowały co najmniej 6 mld strat. Szykują się bankructwa i przejęcia.
Powody do zadowolenia ma tylko kolej, tym bardziej że od jakiegoś czasu szybkie pociągi cieszą się rosnącym powodzeniem. W Wielkiej Brytanii, gdzie benzyna jest jeszcze droższa niż u nas, w ubiegłym roku kolej odnotowała 8-proc. wzrost popularności. W Niemczech od początku roku koleje zyskały 20 mln pasażerów. Nawet w USA, gdzie kolej pasażerska nie stanowi ważnego środka lokomocji, ludzie szturmują pociągi, co może doprowadzić do paraliżu kolei.
Niestety, w przeciwieństwie do zagranicznych przewoźników polska kolej nie ma szans na trwałe przyciągnięcie znacznej liczby pasażerów. Co gorsza, może ich jeszcze do siebie zrazić.
Faktem jest, że od kilku lat notowane są wzrosty, zwłaszcza w dalekobieżnych InterCity i kolejach aglomeracyjnych. Jednak na szturm większej liczby pasażerów PKP nie są po prostu przygotowane. Barierą jest tabor. Ten, który jest (średnia wieku 25 lat), albo woła o pomstę do nieba, albo - nawet jeżeli został zmodernizowany - występuje w zdecydowanie niedostatecznej ilości. Ci, którzy przesiądą się z aut do pociągów, żeby zaoszczędzić, mogą się zatem skutecznie zniechęcić i na stałe wrócić za kółko.
PKP Intercity planują wydać do 2010 r. blisko 3 mld zł. Pod koniec przyszłego roku chcą mieć już zmodernizowane wszystkie (310) wagony. Zamierzają także zakupić wielosystemowe lokomotywy oraz 30 nowych wagonów. Najkosztowniejszy (ok. 1,5 mld zł) będzie zakup 20 składów. Warunkiem powodzenia tych planów jest jednak jak najszybsze wejście firmy na giełdę oraz ostateczne ustalenie z Komisją Europejską, którzy przewoźnicy i na jakich warunkach będą mogli ubiegać się o pomoc unijną na zakup taboru. Pociągi nie stoją na półce w magazynie. Na nowe wagony czeka się dzisiaj 2 lata.
Swoją drogą zastanawiające jest, gdzie podział się tabor, którym PKP obsługiwały ruch paręnaście lat temu. Liczba połączeń zmalała, więc powinny być jakieś nadwyżki taboru. Prawdopodobnie niesprawnego, ale czy wszystko nadaje się już tylko na złom?
Dopuszczając innych dużych przewoźników, PKP mogłyby wzmocnić ofertę dla podróżnych. Niestety nie da się tego zrobić w ciągu kilku miesięcy. Sam przetarg na obsługę linii musi potrwać, żeby wejście operatora na rynek było dobrze przygotowane.
Summa sumarum w wakacje tak czy inaczej będziemy narzekać i na koszty, i na jakość naszych podróży.