Temat dzisiejszego felietonu pozornie nie ma żadnego związku z techniką. Pomyślałem, że war-to przyjrzeć się sytuacji inżynierów (oczywiście obojga płci) przed emeryturą. Skłoniła mnie do tego sytuacja, w jakiej sam się znalazłem. Bynajmniej nie jest ona wyjątkowa, w czym utwierdziło mnie paru kolegów. Dla inżynierów przed sześćdziesiątką jest wręcz typowa.
Spójrzmy na inżyniera, który na kilka lat przed emeryturą nag-le traci pracę (reorganizacja, bankructwo firmy itp.). Wprawdzie ma on najczęściej bardzo duże doświadczenie zawodowe i życiowe, ale czy ktoś potrafi to docenić? Jak dowodzi praktyka, jego wiedza nikogo już nie interesuje. Dlaczego? No właśnie, dlaczego?
Wydawałoby się, że o fachowca, który ma unormowane życie osobiste, dość dobry, jak na swój wiek, stan zdrowia i jeszcze sporo zapału do pracy, pracodawcy powinni zabiegać. Rzeczywistość jest jednak inna. Przekonanie kolegów po pięćdziesiątce o ich przydatności w procesie powiększania dochodu narodowego szybko się ulatnia. Nikt nie jest nimi zainteresowany, co w mniej lub bardziej jawny sposób jest im okazywane. Każda rozmowa kwalifikacyjna kończy się mglistymi obietnicami zawiadomienia o możliwości zatrudnienia, bo w tej chwili potrzebni są ... młodzi ludzie.
Niedowierzających zapraszam do poczytania ogłoszeń o poszukiwaniu pracowników. Większość z nich zawiera sformułowanie: „praca w młodym, energicznym zespole". Po co komu „stary inżynier"? I tak za parę lat przejdzie na emeryturę. Tylko co ma do tego czasu robić? To, że młody pracownik nie ma praktyki, a po jej zdobyciu nierzadko odchodzi do innej firmy, niestety nie zmienia opinii pracodawców o starszych wiekiem kandydatach do pracy.
Gdy w Polsce zapanowały nowe porządki, przeczuwałem, że wiele osób, nie tylko inżynierów, będzie miało trudności z dostosowaniem się do zmienionych warunków. Pracując na Zachodzie, dobrze poznałem zasady konkurencji zawodowej i spodziewałem się, że wkrótce część kolegów będzie miała kłopoty ze znalezieniem zajęcia. Nie przypuszczałem jednak, że tak łatwo zrezygnuje się z ich kompetencji.
Gdy wspominam swą karierę projektanta, widzę moich starszych (wtedy) kolegów, na których w razie jakichś kłopotów lub wątpliwości zawsze mogłem liczyć. Nie da się ukryć, że młodzi projektanci nie mieli zbyt dużych szans opracowania ciekawego projektu eksportowego. Te zarezerwowane były dla starszych. Nie było to dobre i należy się cieszyć, że to już przeszłość. Czy jednak nie popadliśmy w drugą skrajność? Czy nie przesadziliśmy w awansowaniu młodych ludzi bez doświadczenia? Czy lekceważenie starszych fachowców (nie dotyczy to przecież tylko projektantów) i ich wiedzy nie poszło zbyt daleko? Czy już nic nie da się zmienić?
Na świecie umysłowy potencjał doświadczonych profesjonalistów wykorzystuje się np. w najróżniejszych ciałach doradczych. W Internecie trafiłem na adresy niemieckich organizacji pomagających emerytom w znalezieniu pracy. Poszukiwani są fachowcy do szkolenia lub pomocy w organizacji określonych przedsięwzięć nie tylko w Niemczech, ale także za granicą (np. szkolenie instalatorów w Czarnogórze). Codziennie pojawiają się nowe oferty. Można także zostawić swoje dane w „banku pracowników" i czekać na propozycje. Nikomu nie przeszkadza wiek, ważna jest praktyka i konkretna wiedza.
Gdyby u nas powstała podobna organizacja (a może jest, tylko my o niej nie wiemy?) na pewno znaleźliby się chętni do pracy i tacy, którzy by chcieli ich zatrudnić. Myślę, że i w Polsce wielu pracodawców szuka dobrych fachowców, tylko nikt nie potrafi ich przekonać, że skoro nie mogą znaleźć młodych pracowników, warto sięgnąć po tych starszych.
W jednym z dużych biur projektowych zajmujących się także koordynacją wykonawstwa od dłuższego czasu szukano kierownika projektu. Mimo braku kandydata w odpowiednim (dla szefów biura) wieku nie zatrudniono doświadczonego inżyniera, którego od emerytury dzielą 2 lata. Dlaczego? Myślę, że oni także tego nie wiedzą.