Menu

Logowanie

rejestracja
01.10.2010

Ogon jest nadal widoczny

Henryk Jezierski

Ojciec Horacego, będący wyzwoleńcem, miał sprawować urząd woźnego na licytacjach, co było intratnym i zaszczytnym zajęciem. Ale złośliwe języki utrzymywały, że w rzeczywistości był sprzedawcą solonych ryb, prostakiem, który wycierał nos rękawem.


Według rzymskiego poety Katullusa w regionie centralnej Hiszpanii, w Celtiberii był zwyczaj, że każdy rano czyścił sobie zęby i dziąsła tym, co nasiusiał z wieczora. Zęby stawały się tym bielsze, jak kpił poeta, im więcej uryny wypił. Zachowanie takie wytknął Katullus swemu rywalowi hiszpańskiego pochodzenia, kochankowi osławionej piękności Klodii, Egnacjuszowi, który demonstrował białe uzębienie, śmiejąc się bez przerwy.

Można domniemywać, że Chińczycy są przekonani, iż poza granicami Państwa Środka rozciągają się wyłącznie barbarzyńskie kraje, a obcokrajowcy, choćby nie wiadomo jak się starali, to i tak pozostaną nieokrzesanymi dzikusami. Stany Zjednoczone zmieniają się z małpy w człowieka, choć ogon jest nadal widoczny – miał swego czasu powiedzieć Mao. Stąd przeświadczenie, że w Chinach zaczęła się cała cywilizacja, że stąd wywodzi się wszystko, co wartościowe, z czasem udostępnione cudzoziemcom, zapożyczone przez nich, przywłaszczone lub wręcz skradzione.

Udający się do Chin turyści bywają ostrzegani, że czekają ich niezbyt miłe niespodzianki. Otóż różni prawią, że Chińczycy plują niczym lamy, charkają, smarkają, rzucają wszystko na ziemię zamiast do koszy, pozwalają nawet załatwiać się dzieciom na chodniku. Plują wszyscy bez wyjątku: dzieci, kobiety i starcy. Plują wszędzie: na ulicach, w parkach, na dywany w hotelach. Taksówkarze i kierowcy autobusów plują w czasie jazdy przez okno, sklepikarze przed swoimi sklepami, pracownicy urzędów, wychodząc przed swoje szacowne instytucje.

Chińczycy są hałaśliwi. Głośno rozmawiają, do słuchawki telefonicznej krzyczą, nawet niewielka, zebrana w restauracji grupa byłaby w stanie zagłuszyć huk startującego odrzutowca, nad wszystkim zaś górują dźwięki nieustannie używanych klaksonów samochodowych.

To, co miałem możliwość zobaczyć na własne oczy w Chinach w czerwcu 2010 r., nie miało nic wspólnego z opisanymi wyżej nawykami i zachowaniami. Nikt nie pluł na ulicach, w restauracjach czy hotelach Pekinu, Luoyang, Suzhou, Hangzhou czy Szanghaju. To samo mogę powiedzieć o dziedzińcach pałaców, świątyń czy klasztorów, a także o Wielkim Murze Chińskim i terenach EXPO 2010. Dotyczy to również wagonów kolejowych i taksówek, z których korzystałem. Oczywiście moje spostrzeżenia nie odnoszą się do terytoriów oddalonych od wybrzeża i ośrodków przemysłowych, bo w interiorze nie byłem.

Przed Olimpiadą w 2008 r. w Chi-nach prowadzono wielką kampanię reklamową, nawołującą do tego, żeby nie pluć na ulicy, nie przepychać się w metrze i na ruchomych schodach, tylko stawać po jednej stronie dla usprawnienia ruchu.

W Szanghaju w związku ze światową wystawą Expo 2010 zdecydowano się zmusić lokalną społeczność do porzucenia niekulturalnych i niehigienicznych przyzwyczajeń i wydano zakaz plucia. Tym śladem poszły chyba inne miasta. Na ulicach jest ładnie i czysto, widać dbałość o porządek, wszędzie zielenią się trawniki i rosną piękne kwiaty. Wygląda na to, że w ostatnich latach Chiny bardzo się zmieniły i zaczęły się troszczyć o swój wizerunek.