Menu

Logowanie

rejestracja
01.01.2007

O wolny rynek robót drogowych

Aleksander Bacciarelli

Mówi się, że na rynku robót drogowych panuje wolny rynek i zdrowa konkurencja. Miło to słyszeć, gorzej jednak, że tego nie widać.



Widać natomiast kilka czy kilkanaście dużych firm, które, działając stadnie, dzielą między sobą najważniejsze kontrakty na drogach krajowych. Taka spółdzielnia „Nasza Sprawa". Jaka jest struktura tego nieformalnego ciała, na jakich zasadach ono działa i jakie ma różnorakie powiązania, nie będę się wypowiadał, bo każdy, kto jest związany z branżą, ma na ten temat większą lub mniejszą wiedzę, natomiast nie jestem pewien, czy wszyscy zdają sobie sprawę z konsekwencji tego zjawiska.

Po prostu zamiera prawdziwa konkurencja, a wraz z nią rzetelna gra przetargowa. Członkowie spółdzielni, jak to w koleżeńskiej paczce bywa, rozdzielają między sobą pulę robót na drogach krajowych, w coraz większej mierze decydując zarówno o cenach, jak i o ich standardzie. Dzieje się tak dlatego, że nie jest to już wolny rynek, tylko zamknięty, ze wszystkimi tego przykrymi konsekwencjami, takimi jak marnotrawienie inwestorskich (czytaj: budżetowych) pieniędzy i obniżanie jakości dróg na czele.
 
Obawiam się, że przy dominującej rynkowej pozycji spółdzielni „Nasza Sprawa", nie zdołamy w sensowny sposób skonsumować unijnych pieniędzy, które mogą do nas wpłynąć w najbliższym siedmioleciu. Możemy co najwyżej tuczyć owych wybrańców wzrostem cen, co wcale jednak pozytywnie nie wpłynie ani na jakość robót ani na wydatne zwiększenie mocy przerobowych, co w najbliższych latach będzie tak bardzo potrzebne. Na pewno też właściwej realizacji unijnego boomu inwestycyjnego nie przysłuży się niewydolna organizacyjnie i fachowo Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad.

Czy można temu zaradzić? Uważam, że tak. Trzeba tylko ponownie otworzyć rynek, by stał się prawdziwie wolny. Innymi słowy, trzeba przywrócić praktykę prawdziwej konkurencji.

Brzmi całkiem nieźle, tylko jak tego dokonać? Otóż na świecie istnieje mnóstwo firm budowlanych, które dysponują dużym kapitałem i dostępnością do tanich kredytów. Firmy te jednak szerokim łukiem omijają Polskę. Niektóre z nich spróbowały naszej gościnności i mają dosyć. Przegrały ze dwa, trzy przetargi, nie zdołały wkręcić się do spółdzielni „Nasza Sprawa" i postanowiły szukać szczęścia pod innym słońcem.

Można jednak te korporacje przyciągnąć, skorzystać z ich kapitału i doskonałej organizacji, by to jednak osiągnąć, trzeba dokonać zmian systemowych w procedurze wyłaniania firm wykonawczych. Po prostu odstąpić od korupcjogennych i ciągnących się w nieskończoność przetargów i przestawić się na negocjacje, co dopuszcza Ustawa o zamówieniach publicznych.

Negocjacje powinny prowadzić wyspecjalizowane firmy prawnicze, nie zaś GDDKiA. Ona po prostu temu nie podoła. Jej rolą byłoby przygotowanie dokumentacji, ustalenie warunków brzegowych i stały nadzór nad procesem, natomiast same negocjacje powinni prowadzić fachowcy w tej dziedzinie.

Należałoby je podzielić na dwa etapy. W pierwszym ustalono by jednakowe dla wszystkich techniczne warunki wykonania inwestycji oraz różne warunki dodatkowe. Każda z uczestniczących firm musiałaby podpisać jednobrzmiący końcowy dokument. Akceptacja ustaleń uniemożliwiłaby późniejsze odwołania, co stanowi plagę obecnie przeprowadzanych przetargów.

Drugi etap byłby konkursem na cenę, czas realizacji i warunki kredytowania inwestycji.

Ta kolejność jest bardzo ważna. Wszyscy śledzimy przedziwny przypadek, kiedy najpierw zapytano o cenę, a teraz, to znaczy od sześciu lat, zwycięska korporacja zastanawia się, co za tę cenę raczy zrobić. Sprawa została więc postawiona na głowie.

Wielkie inwestycje nie powinny być finansowane przez budżet drogowy, lecz przez wykonawcę, który zaciąga jak najkorzystniej wynegocjowany kredyt. Buduje za niego na przykład autostradę, potem ją utrzymuje przez lat 20 czy 30, natomiast zobowiązania kredytowe przejmuje państwo. Byłby to więc swoisty leasing.

W negocjacjach powinny uczestniczyć najlepsze firmy budowlane z całego świata. Ich ranking łatwo można stworzyć, posługując się czytelnymi parametrami. Warto by przy tym przyjąć zasadę, że zaprasza się zawsze co najmniej 15 czy nawet 50 korporacji, by uniemożliwić, a w każdym razie bardzo utrudnić powstanie nowej spółdzielni.

Taki system przywróci rzetelne warunki konkurencji, zmusi święte krowy do innego funkcjonowania na naszym rynku lub je z niego zmiecie. Rynek doznałby gwałtownego otwarcia, powróciłaby gra oparta na prawdziwych kryteriach jakości i ceny. A o to przecież chodzi.