Angielski pisarz i dziennikarz sir Richard Steele, uważany za twórcę nowoczesnego czasopiśmiennictwa, lubił purnonsensy. Raz obwieścił, że ma zamiar wykazywać prawdziwość śmierci ludziom umarłym, którzy by chcieli nadal uchodzić za żywych. Innym razem przytoczył historyjkę o tym, jak ktoś odciął śpiącemu kompanowi głowę i skrzętnie ją schował po to, by się przekonać, jak tamten zareaguje, gdy po obudzeniu nie będzie mógł jej znaleźć. (Miał to być przykład na wyciąganie błędnych wniosków ze „słusznych" przesłanek).
Gdy się obudzimy tuż przed Euro 2012, może nas czekać sporo niespodzianek. Bo, jeżeli chodzi o niektóre z planowanych, a przy tym absolutnie niezbędnych odcinków autostrad, dróg ekspresowych i obwodnic, to terminy oddania ich do eksploatacji są wielką niewiadomą.
Przeznaczane na inwestycje drogowe kwoty skomasowały się i okazały się rekordowe. W latach 2010-2011 do firm branży wykonawczej trafiły kontrakty o łącznej wartości 59 mld zł. Polska stała się jednym wielkim, ale też nieprawdopodobnie rozkopanym placem budowy. Nastąpiło niespotykane spiętrzenie prac drogowych, co nastręczyło różnych problemów i wywołało ogólną nerwowość. Z przecieków wynika, że na 47 zadań do zrealizowania przed mistrzostwami uda się wykonać zaledwie 22, co stanowi 46% zamierzeń. Za dużo naobiecywano, nie licząc się z realiami. Okazuje się, że budowanie dróg to nie tylko wylewanie asfalto-betonu czy tworzenie prawa, ale przede wszystkim, zachowywanie zdrowego rozsądku.
Istnieją obawy, że po chińskiej autostradowej telenoweli podobne historie mogą się powtórzyć na jesieni. Już w ciągu pierwszego półrocza z placu budowy zeszło kilka firm. Teraz pojawiają się sprytne wypowiedzi, że planowane drogi powstaną zdecydowanie później, bo dla dobra kierowców ich budowa nie może odbywać się kosztem jakości wykonania.
Ba, na razie wiadomo np., że przed Euro 2012 na 30-kilometrowym odcinku A2 z założenia nie zostanie położona ostatnia warstwa asfaltu. Podobne praktyki próbowano stosować wcześniej. Rezultaty, mówiąc oględnie, nie były dobre. Konsultacje z policją nie przyniosły odpowiedzi na pytanie, z jaką prędkością kierowcy będą mogli się poruszać po podbudowie bez asfaltu, pozostawionej na golasa.
Tak czy inaczej na autostrady trzeba będzie jeszcze poczekać. Interesująca zatem mogłaby być propozycja usprawnienia, stosunkowo tanim kosztem, ruchu na istniejących drogach.
Bardzo niebezpiecznym manewrem jest wyprzedzanie, przede wszystkim na drogach jednojezdniowych, dwukierunkowych, które mają tylko po jednym pasie w każdym kierunku. Jazda po pasie pod prąd prowadzi do groźnych zderzeń czołowych, a każdy większy błąd niejednokrotnie kończy się śmiercią lub ciężkim kalectwem. Ze względu na mnogość miejsc, gdzie wyprzedzanie stwarza realne niebezpieczeństwo, powinno się w miarę możliwości zacząć rozdzielać kierunki ruchu.
Można by zamiast poboczy utworzyć trzeci środkowy pas, po którym na przemian, co ileś kilometrów, dałoby się bezpiecznie wyprzedzać. Wystarczyłoby na tych drogach krajowych, które mają szerokie i utwardzone pobocza, a jest ich ok. 3 tys. km, odpowiednio przemalować pasy. Nie jest to nic nowego, bo tego rodzaju rozwiązanie spotyka się nie od dziś na terenach górskich - dwa pasy dla jadących pod górę, jeden dla zjeżdżających.
W ubiegłym wieku Grecy, zanim zbudowali autostrady, zamienili pobocza na pasy ruchu dla pojazdów ciężarowych. Na własne oczy widziałem, że takie rozdzielenie potoku pojazdów działało bez zarzutu. Zwróciłem na to uwagę osobom wysoko postawionym w drogownictwie. Ale opór materii był nie do pokonania.