Najgroźniejsze są te awarie elektrowni jądrowych, które polegają na uszkodzeniu reaktora, co może spowodować wydostanie się substancji promieniotwórczych na zewnątrz i skażenie środowiska. Przed Fukushimą wydarzyły się tylko dwie awarie, które doprowadziły do zniszczenia rdzenia reaktora. Pierwsza miała miejsce w 1979 r. w elektrowni Three Mile Island w Pensylwanii, druga w 1986 r. w elektrowni w Czarnobylu. Oba wydarzenia były analizowane i porównywane po to, by udowodnić, jak bezpieczna jest energetyka jądrowa wówczas, gdy nie opiera się na reaktorach typu czarnobylskiego.
W obu wypadkach, po uszkodzeniu pierwotnego obiegu chłodzenia, stopił się rdzeń reaktora. W Pensylwanii, choć reaktor został zniszczony, nie doszło jednak do rozerwania obudowy przez parę wodną, nie nastąpił też wybuch wodoru, który wydzielił się w wyniku reakcji z wodą rozgrzanych do wysokiej temperatury cyrkonowych koszulek paliwa (pręt paliwowy składa się z koszulki, czyli rury wypełnionej pastylkami paliwowymi). W Czarnobylu pożar grafitu, stopienie uranu oraz eksplozja mieszanki wodoru i tlenu spowodowały wyrzucenie do atmosfery mnóstwa radioaktywnych produktów rozpadu.
Seria uszkodzeń w elektrowni Fukushima, gdzie poważnej awarii uległy co najmniej cztery reaktory, zdaje się podważać dychotomię w sposobie oceniania reaktorów: jedne są tylko dobre i niezawodne, drugie złe i niebezpieczne.
Si parva licet componere magnis (jeśli godzi się porównywać rzeczy małe z wielkimi), to reaktor badawczy Maria w Świerku, co zabrzmi jak paradoks, jest typu czarnobylskiego, ale po poprawie warunków bezpieczeństwa i gruntownej modernizacji jego praca nie budzi zastrzeżeń.
Niektórzy wyrażali pogląd, że następstwa katastrofy w Czarnobylu były niewielkie, natomiast wszystkiemu winni są dziennikarze, którzy wywołując psychozę i budząc społeczne lęki, doprowadzili do załamania się energetyki jądrowej, bezrobocia w przemyśle jądrowym oraz innych konsekwencji ekonomicznych i ekologicznych. Nieufne wobec społeczeństwa władze bały się powiedzieć mu całą prawdę. Mimo że informację o awarii w Czarnobylu podała agencja TASS, w Polsce nałożono na nią embargo, które uchylono dopiero po upływie doby z okładem. Zniszczono meldunki z początkowego okresu, kiedy poziom radioaktywności w powietrzu był najwyższy.
Osobą, która pierwsza w Polsce 28 kwietnia 1986 r. zaobserwowała wystąpienie nadzwyczajnego zagrożenia środowiska i powiadomiła o tym Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, był pracownik stacji Meteo w Mikołajkach mgr Stanisław Leszczyński. Pięć lat później powiedział piszącemu te słowa: „O godz. 8.35 pomiar filtra wykazał, że stężenie zanieczyszczeń promieniotwórczych wynosi 537 bekereli na 1 m2, a już o godz. 14.00 wartość wzrosła niemal dwukrotnie do 861 bekereli na 1 m2". Ta ostatnia liczba nigdy nie pojawiła się w żadnym dokumencie. Na pierwszym tajnym meldunku CLOR o wystąpieniu skażeń promieniotwórczych na terenie kraju widnieje uwaga: „Powyższych wiadomości nie należy podawać do wiadomości publicznej" (sic!).
Zdarzały się zachowania tragifarsowe. Przywódcy Bułgarii - jak się dowiedziałem podczas pobytu w elektrowni jądrowej w Kozłoduju - nie informując społeczeństwa o radioaktywnym skażeniu atmosfery, cichaczem ukryli się z rodzinami w tunelu, gdzie zgromadzono zapasy żywności, a nawet ulokowano krowy i paszę. Przebywali tam dwa tygodnie.
Czas pokaże, jak bardzo awaria w elektrowni Fukushima wpłynie na energetykę jądrową i czy postawi pod znakiem zapytania teoretyczne zapewnienia o bezpieczeństwie, niezawodności i nowoczesności elektrowni jądrowych. Jedno jest pewne - likwidacja obiektów jądrowych, zwłaszcza tych po awarii, wymaga wielu lat i nakładów idących w dziesiątki miliardów dolarów.