Menu

Logowanie

rejestracja
01.03.2007

Kulturalnie i po krakowsku

Mieczysław Czuma

Oparta na faktach, choć nieco przekorna, wypowiedź krakauerologa


Krakowianie znają się na sztuce. Kiedy w roku 1893 oddawano do użytku wybudowany na placu Św. Ducha, w sąsiedztwie Plant nowoczesny Teatr Miejski, postawiono przed nim popiersie najpopularniejszego polskiego dramatopisarza - Aleksandra Fredry. Krakowianie to ludzie praktyczni. Kiedy w roku 1909 uroczyście obchodzono stulecie urodzin Juliusza Słowackiego, zamiast wydawać pieniądze na budowę pomnika poety (dopiero co ufundowano Mickiewiczowi monument na Rynku), przemianowano Teatr Miejski na Teatr im. Słowackiego.

Złośliwcy powiadają, że krakowianie to centusie. Pod tym pojęciem ma się kryć chorobliwa oszczędność posunięta do granic nieuleczalnego sknerstwa. Nie warto polemizować z podobnymi poglądami, lepiej przytoczyć gołe fakty. Czy wiecie ile wziął Wit Stwosz za wyrzeźbienie ołtarza Mariackiego? Otóż mistrz za tę robotę dostał 2808 florenów. Była to suma olbrzymia, równa ówczesnemu rocznemu budżetowi miasta. Dziś roczny budżet Krakowa zamyka się kwotą trzech miliardów złotych. Gdyby więc chcieć zachować stosowne proporcje, to tyle należałoby zapłacić artyście za tę robotę. Czy miasto, które wydaje takie pieniądze na dzieła sztuki, jest miastem centusiów?

A teraz bardziej serio. Kraków to miasto nauki i kultury. Był i pozostał niezastąpionym matecznikiem poszukujących różnych form wypowiedzi twórców i składających ofiary w rozmaitych świątyniach sztuki artystów. Pewnie jest tak dlatego, że ów książę krakowsko-sandomierski, który równo 750 lat temu podpisał dokument lokujący miasto na prawie magdeburskim był człowiekiem o niezwykle szerokich twórczych horyzontach i bogatej, wręcz artystycznej wyobraźni. Bo jak inaczej wytłumaczyć zaprojektowanie wzoru idealnego miasta średniowiecznego, które po ośmiu prawie stuleciach nadal pełni centralną funkcję w niemal milionowym organizmie?

Lokacja postawiła miasto w rzędzie europejskich metropolii i uczyniła je otwartym dla wszystkich innych nacji. Polacy przez stulecia dzielili tu więc swoje losy z Niemcami, Czechami, Ĺťydami, Włochami, Węgrami, Szkotami, Ormianami. I nie tylko z nimi. W tym wieloetnicznym tyglu przybyli z zachodu Wertzingowie stawali się Wierzynkami, a pochodzące znad Morza Śródziemnego familie Montelupich zostawały Wilczygórskimi. Bogactwo kulturowe Krakowa ma wiele inspiracji, czerpie siłę z wielu korzeni.

W herbie Krakowa widnieje otwarta brama, co oznacza, że miasto gotowe jest zawsze przyjmować gości. I dlatego tu, w każdej epoce, dobrze czuli się wszelkiej maści przybysze. I to nie tylko ci z odległych krajów, ale także ci z pokpiwającej z nas często Warszawy.

Ten z Norymbergi - Wit Stwosz (Veit Stoss) - obdarował miasto najwspanialszym z europejskich gotyckich ołtarzy. Głównej scenie zaśnięcia Matki Boskiej towarzyszą płaskorzeźby ukazujące kulturę materialną Polski u schyłku piętnastego stulecia. Nakrycia głowy, trzewiki, płaszcze, broń, naczynia codziennego użytku, sprzęty domowe są tu dokładnie takie same, jakie spotykało się wówczas na krakowskich ulicach i w tutejszych mieszkaniach. Miasto twórczo zapładniało wyobraźnię artysty.

Konstanty Ildefons Gałczyński nazwał dzieło Wita Stwosza „biblią z lipowego drzewa". Poeta - choć urodził się w Warszawie - napisał najpiękniejszy wiersz, jakim kiedykolwiek obdarowano Kraków: „Zaczarowaną dorożkę". Lata, które spędził pod Wawelem, należały do najszczęśliwszych i najbardziej owocnych poetycko. Na łamach „Przekroju" ukazywały się przejmująco piękne liryki, w tym tygodniku odsłaniał swoją kurtynę pobudzający wyobraźnię teatrzyk absurdu „Zielona Gęś".