Polskie firmy wykonawcze rozwijają się bardzo dynamicznie, biorąc pod uwagę kilka ostatnich lat. Skupiają wokół siebie mniejsze firmy, tworząc konsorcja i grupy kapitałowe są w stanie wykonać większość robót.
Jesteśmy mocni finansowo, mamy zdolności kredytowe, potencjał ludzki i sprzętowy. Jedyną bolączką, która uniemożliwia nam stawanie do przetargów na naprawdę duże inwestycje, jest brak doświadczenia na tego typu zadaniach. Nieprawdą jest natomiast, że tzw. firmy zachodnie spełniają te kryteria. Jednak kiedy w dokumentacji przetargowej umieszczane są dane ze wszystkich oddziałów zagranicznych, trudno zaprzeczyć, że dana firma nie dysponuje wymaganymi mocami przerobowymi. Dochodzi jednak do sytuacji absurdalnej, gdy polskie firmy, które mogłyby zadanie zrealizować, nie dopuszczane są do przetargów z uwagi na zbyt wysokie wymogi zamawiającego, natomiast firmy z referencjami wygrywają i nie są w stanie zadania własnymi siłami zrealizować. Gdyby rzeczywiście rygorystycznie przestrzegać tego zapisu pojawiłby się problem. Nie mówię o przetargach, które są realizowane w 70% przez głównego wykonawcę, tylko o zadaniach, na których generalny wykonawca nawet się nie pokazał. Inwestor musi powziąć jakieś kroki, żeby sytuację znormalizować.
Moim zdaniem rozwiązanie jest proste. Wystarczy nie dopuszczać do przetargu firmy, która przez ostatnie lata przynosiła straty. Oznacza to tyle, że realizuje zadania poniżej kosztów, czyli stosuje ceny dumpingowe. Powinien być to wystarczający sygnał dla zamawiającego, że ma do czynienia z nieuczciwą firmą. Tylko że znowu należy brać pod uwagę jedynie wykonawstwo inwestycji infrastrukturalnych a nie deweloperskich, na którym się zarabia. Będzie to może pierwszy krok do skończenia ze złymi praktykami w wykonawstwie robót infrastrukturalnych. W innym wypadku ciągle będziemy mieć do czynienia z sytuacją, gdy po wygraniu przetargu przez dużą firmę zagraniczną rozpoczyna się przetarg wtórny. Następuje oszczędzanie na materiałach budowlanych, próba oszukania podwykonawców. Najbardziej cierpi ten, kto znajduje się na końcu łańcucha. Niejednokrotnie są to jedno- lub kilkuosobowe firmy, dla których obecność na kontrakcie jest sprawą życia lub śmierci. Znane są przypadki gdy ludzie zakupywali samochody, zadłużali się na paliwo, licząc na zapłatę generalnego wykonawcy. Jednak z jakichś powodów, często błahych, pieniądze nie były wypłacane. Dochodziło do tragedii ludzkich, bo ów samochód był czasami jedynym źródłem dochodu dla całej rodziny. Naiwnych wciąż nie brakuje, myślą oni bowiem, że pracując z dużą światową firmą, mogą liczyć na współpracę na zasadach fair play, nie rozumieją tymczasem pewnych mechanizmów. To dzięki niepłaceniu najmniejszym podwykonawcom można było zaoszczędzić na kontrakcie. Można więc powiedzieć, że dzięki naiwności i łatwowierności tych firm, rynek został całkowicie rozregulowany. Szkoda, bo można było zabezpieczyć się prawnie. Również rolą zamawiającego jest dopilnowanie pewnych rzeczy, tak aby podwykonawca po podpisaniu umowy nie był niewolnikiem, a stroną. Inwestorowi powinno także zależeć, aby realizacje przebiegały bez zbędnych komplikacji i tragedii ludzkich. Bierzmy więc zbiorową odpowiedzialność i chrońmy także tych małych, czasami nieopatrznie zaangażowanych w przetarg.
Artykuł 647 kodeksu cywilnego wskazuje jasno, że tylko ten wykonawca, który uzyskuje akceptację zamawiającego jest chroniony i otrzyma zapłatę za wykonaną pracę. Tymczasem raczej nie przestrzega się, by być zakwalifikowanym przez inwestora jako oficjalny podwykonawca. W momencie kiedy dochodzi do sprawy sądowej znajduje się on od razu na straconej pozycji. Tym bardziej że duże koncerny zagraniczne mają więcej prawników a mniej techników.
Może sytuacja wyglądałaby inaczej gdyby wykonawcy wcześniej uzyskiwali wiedzę na temat robót. W Finlandii na przykład na każdej stacji benzynowej można zakupić mapę z zaznaczonymi miejscami, gdzie w następnym roku będą prowadzone roboty. Znajduje się na nich także informacja o terminie ich rozpoczęcia i generalny wykonawca. Pozwala to zaplanować chociażby zakup materiałów budowlanych. To byłoby rozwiązaniem optymalnym. Natomiast w polskim drogownictwie, od kiedy pamiętam, gros robót wykonuje się w drugiej połowie roku. Można to udokumentować, patrząc chociażby na przychody firm, gdzie w pierwszym półroczu stanowią one zaledwie 20%. Chcielibyśmy, i mówię to w imieniu wszystkich wykonawców, aby przetargi były ogłaszane jesienią, najpóźniej wczesną wiosną. Może też czas pomyśleć o przetargach dwuletnich.
Mamy przed sobą olbrzymie inwestycje do zrealizowania. Pora zadbać, aby były one wykonywane rzetelnie od początku do końca.